Od kilku tygodni śledzę uważnie wydarzenia na polskiej prawicy. Początkowo, w przeciwieństwie do większości komentujących, w całym zamieszaniu związanym z wyrzuceniem "ziobrystów" i jego konsekwencjami widziałem szansę. Zbigniew Ziobro postawił bowiem moim zdaniem trafną diagnozę sytuacji. Sprowadzała się ona zasadniczo do dwóch kwestii. Przyczyn, z powodu których prawica nie jest w stanie wygrać w Polsce wyborów:
1) PiS przestał być partią wielonurtową, otwartą. Zamiast właśnie otwierać się na nowe środowiska raczej się domyka. Świadczy o tym chociażby odejście Marka Jurka czy Ludwika Dorna. Jarosław Kaczyński nie potrafi lub nie chce umiejętnie grać na skrzydłach.
2) Partia Kaczyńskiego jest zbyt scentralizowana. Z tego powodu nie wykorzystuje potencjału drzemiącego w dołach partyjnych i sympatykach PiS gotowych do działania, którzy w ogromnej ilości pojawili się w Polsce po Zbrodni Smoleńskiej.
Zdaniem Zbigniewa Ziobry partia nie należąca do POstkomunistycznego establishmentu, a chcąca wygrać w Polsce wybory, powinna być więc znacznie bardziej otwarta, wielonurtowa, a także zdemokratyzowana i zdecentralizowana. To pozwoliłoby jej przyciągnąć dziesiątki tysięcy członków, gotowych aktywnie działać dla niej w terenie i przez to pomogło "ominąć" medialną propagandę przez bezpośrednie dotarcie do zwykłych ludzi. Potwierdzeniem trafności stawianych przez Ziobrę argumentów są partie polityczne funkcjonujące na zachodzie, gdzie do władzy dochodzą praktycznie tylko wielkie, masowe, zdecentralizowane formacje, w których to o najistotniejszych kwestiach decydują ich szeregowi członkowie(na przykład poprzez prawybory). Właśnie przekształcenie się w formację masową pozwoliło węgierskiemu Fideszowi tak zdecydowanie wygrać wybory. I na ten przykład także powoływał się Zbigniew Ziobro.
Po wyrzuceniu Ziobry, Kurskiego i Cymańskiego z PiS i powstaniu klubu Solidarna Polska "ziobryści" ruszyli w teren, aby spotkać się i porozmawiać ze swoimi sympatykami. Jak dotychczas odwiedzili Biłgoraj, Nowy Sącz, Jarosław i Gdańsk. Moją uwagę zwróciło zwłaszcza wystąpienie Jacka Kurskiego w Gdańsku:
W 12 minucie pan Jacek mówi:
My jesteśmy gotowi budować formację prawicową, konserwatywną, opartą na solidaryzmie społecznym, na odwołaniu się do tego wszystkiego co jest patriotyczne i narodowe, ale i otwarte, wieloskrzydłowe, wielonurtowe, od prawej strony, od nurtu narodowo-katolickiego do rozsądnego centrum, centrum konserwatywnego, nawet z nieznacznie tolerowanym odchyleniem, nie chce nawet tego słowa na literę "l" wypowiadać(z sali: brzydkie słowo!), ale powiedzmy, że ludzie o przekonaniach wolnorynkowych...
I dalej:
...ja sam jestem jeżeli chodzi o produkcję, wytwarzanie PKB, kierowanie przez państwa reguł jestem wolnorynkowcem, na poziomie redystrybucji jestem absolutnym zwolennikiem nauki kościoła czyli 100% socjalistą! Są pisarze, którzy twierdzą, że Chrystus też byłby dzisiaj socjalistą, ale to jest już dyskusja na zupełnie inne tematy.
Dwa tygodnie temu Kurski udzielił wywiadu Rzeczpospolitej, w którym zadeklarował:
...będziemy partią solidarnego państwa – partią sprawiedliwości społecznej.
Te wypowiedzi sprawiły, że zupełnie przestałem rozumieć o co chodzi "ziobrystom". Jeżeli faktycznym powodem ich odejścia z PiS były sprawy, o których mówił kilka tygodni temu w licznych wywiadach Zbigniew Ziobro to jak traktować wypowiedzi europosła Kurskiego?
Przecież, aby prawica wreszcie w Polsce wygrała, musi pozyskać elektorat wielkomiejski, bo to właśnie w dużych miastach PO rządzi niepodzielnie, a Lublin czy Radom to jedynie wyjątki potwierdzające regułę. To tej części wyborców brakuje jej głównie do zwycięstwa. Rzecz w tym, że jest to elektorat, bardziej wolnorynkowy i nie da się do niego dotrzeć wyłącznie hasłami "solidaryzmu społecznego". Wręcz przeciwnie, można go w ten sposób do siebie zrazić.
Właśnie dlatego, aby prawica nareszcie zwyciężyła musi stać się partią wielonurtową, partią tęcza. Która będzie potrafiła trafić do ludzi o poglądach gospodarczych zarówno liberalnych jak i socjaldemokratycznych. Da się tego dokonać. Trzeba tylko wprowadzić wewnątrzpartyjne demokratyczne procedury, które pozwolą na funkcjonowanie w ramach jednej formacji ludzi wyznających różne idee, rozumiejących jednak, że dla wspólnego dobra trzeba działać razem, pod jednym szyldem. Jedni i drudzy mogą się więc znaleźć na listach do parlamentu. A o tym kto w nim ostatecznie zasiądzie zadecydują wyborcy. Tak właśnie funkcjonują partie polityczne na zachodzie.
Mam wrażenie, że Jacek Kurski nie rozumie także, iż nie jest konieczna partia tylko o "elementarnej, wewnętrznej demokracji i wzajemnym szacunku". Musi wreszcie powstać partia całkowicie zdemokratyzowana i zdecentralizowana na wzór zachodni, w której bardzo dużo do powiedzenia będą mieli jej zwykli członkowie. To przede wszystkim oni powinni móc w bezpośrednich głosowaniach decydować o tym kto zostanie kandydatem na określone stanowisko. Tylko taka partia będzie w stanie przyciągnąć do siebie dziesiątki tysięcy sympatyków, których aktywność widać w przeróżnych prawicowych organizacjach, na prawicowych portalach internetowych. Potencjał do wykorzystania jest bowiem ogromny!
Dwa tygodnie temu poseł Andrzej Dera w wywiadzie jakiego udzielił TokFM powiedział, że ideałem jest dla niego amerykańska Partia Republikańska. I nie chodziło mu wcale o poglądy jej członków, ale model funkcjonowania tej partii. Te słowa dawały nadzieję. Słowa Jacka Kurskiego ją niestety odbierają...
Wierzę jednak, iż nie wszyscy "ziobryści" widzą swoją nową partię tak jak Jacek Kurski. Mam nadzieję, że wizja funkcjonowania prawicy jaką kilka tygodni temu w licznych wywiadach przedstawił Zbigniew Ziobro choć w części zostanie zrealizowana. W przeciwnym razie za 4 lata po kolejnych przegranych przez prawicę wyborach będzie musiała powstać następna konserwatywna formacja, która spróbuje dotrzeć do kolejnej niezagospodarowanej części prawicowego elektoratu i da przez to wreszcie szansę obozowi patriotycznemu na uzyskanie upragnionej większości w parlamencie. A chyba nie o to przecież "ziobrystom" chodziło...


